wtorek, 21 marca 2017

God dag!


God dag!
Myślę, że okres w którym ktokolwiek czekał na kolejny post dawno już minął. Wszyscy się zmieniamy. Miałam ochotę wydrukować swoje "dziełka" i zostawić na pamiątkę po usuniętym blogu. Jednak jak widać szkoda zaprzepaścić tych dwóch lat. Jak na razie nie wiem, co zrobić z tym fantem, czy zacząć od nowa, czy przerzucić się na co innego-a z ręką na sercu przyznam, że jest na co- np. coś bardziej dziennikowego. Czuję się niemal jak Frodo, który wyruszył z domu Elronda i pytał się Gandalfa, w którą stronę do Mordoru. Wiem, ze muszę gdzieś podążyć, bo nie zostawię tego bloga na pastwę losu. Nie puszczę go w wir bezlitosnego internetu bez ręki, która sprawdza puls.
Jak na razie dam się rozbujać emocjom. Co też ciekawego porabiam, leniąc się na studiach. Oddaje się miłości do skoków narciarskich i powolutku uczę się norweskiego, bez większych sukcesów zresztą. Co do skoków, zawsze idę o krok na przód, gdyż w moim sercu za dużo wolnego miejsca-co mam na myśli?- postanowiłam zebrać kilka autografów. Na załączonych zdjęciach, widać ich mało, bo oszczędnie je kolekcjonuję. Wygląda na to, że ratuję się jak mogę, by tylko nie popaść w nicość. Ciekawa jestem, jak długo te pasje ze mną zostaną? Mój słomiany zapał dotkliwie wszystko niszczy, może tym razem to będzie coś, co sprawi mi na tyle dużo radości, bym witała i żegnała każdy dzień z minimalnym uśmiechem. Skoki narciarskie, czemu ten sport? W sumie to od dziecka oglądałam ten skoki przed telewizorem, z rozdziawioną miną, lecz jako 20-latka kompletnie inaczej odczuwał siłę przyciągania jaką ze sobą niesie. Nigdy nie szalałam na jego punkcie na tyle, by np. w drodze do szkoły towarzyszyły mi piosenki z i filmiki z udziałem skoczków. Niestety, jak już coś uwielbiam, to bezgranicznie. Jak już coś kocham to spontanicznie. A skąd norweski? Jak widać skoki mają na mnie dobry wpływ, bądź skoczkowie :D. Może kiedyś, czegoś się nauczę, jednak do poliglotów nie należę, a wręcz przeciwnie. Taka krótka notka, bo chyba jednak pójdę pobiegać, a później zadbam o masę :D Może spotkam gdzieś po drodze policjanta-Norwega, przecież głupi ma szczęście, albo jednak dziś nie pójdę, mało wyjściowa jestem, by się pokazać. Bo ponoć nie wystarczy na takiego wpaść, by go zatrzymać.
Takk og ha en hyggelig dag. :D

A tu coś obrazującego mój stan:

sobota, 28 stycznia 2017

Gradiam

     Często nie zdajemy sobie sprawy z konsekwencji naszych wyborów, ze skutków podążenia jedną z przedstawionych nam dróg. Poddajemy się im z nieukrywaną obojętnością. Stawiamy na podmuch wiatrów losu, który za nic ma swobodę i stabilizację. Ten igra z doczesnością, stawiając świat w środku cyklonu zdarzeń. A i Ci, którzy planują, nie zawsze doczekują się realizacji celów. Wyciągając w szczerych chęciach dłoń, wołają doń o światło, bo w ciemności nie każdemu przypisane jest szczęście, aby zjednoczyć się z tym co nam przyświecało.
      Pierwszy tydzień praktyk i onkologia. Czułam, że trafią mi się głębokie wody, ale nie takie usiane trwogą. Po tym, co zebrałam w pudełko z doświadczeniem, chcę jedynie przedstawić myśl. Ta towarzyszyć mi będzie długo. Szczególnie w czasach, gdzie kolejno umierają aktorzy z ukochanego filmu. Dopada ich rak. Który działa jak przytoczony już kiedyś "taniec śmierci". Otóż widzę, że to nie wygrana z rakiem czyni chorego zwycięzcą i bohaterem, to walka z nim przynosi laury. Niemoc, która im towarzyszy przymyka wszystkim oczy na ten niemy sukces. Niemy, bo niektórzy tracą możliwość rytualnego okrzyku "Victoria". Obok łóżka chorego czułam się jak nikłe stworzenie. Jak słaba istota, która waha się nad własną linią życia. Choć fizycznie nic mi nie dolegało (teoretycznie).
     Po zakończeniu praktyk, wcale nie czuję się jako tonący, który wreszcie dociera na płyciznę. Ani trochę. W uszach dudnią mi niemal apokaliptyczne trąby, które zwiastują, że żniwa raka będą jeszcze obfitsze. Cisi, którzy trwają w woli walki, na samym starcie stają w obliczu światła, które obleka ich poczynania.
    Tak więc krok po kroku dochodzimy do świecy i prób podtrzymywania płomienia. Pamiętajmy kto go dał, a co go nam odbiera.

Szepty dochodzą do mych uszu,
kołatanie odbija się od odrzwi.
Otwieram,
a tam ani żywej duszy.

Cicho według praw mi nadanych,
wyrażam to, co za chwilę się stanie.
Panie, czy pozwolisz?
Przysięgam, z mej mocy- nic złego Ci się nie stanie.

Ni słowem, ni skinieniem.
Dręcząc moje sumienie.
Osłuchuję oddech,
przymierzam ciśnienie.

Jednego palca skinienie.
Idziemy dalej.
Nie zważmy i tejże szali.
Pozostawmy ją, jak żeśmy zastali.

W mocy Pana twój czas jest zmierzony,
niechże Ci będzie on odkupiony.
Polany życzliwym słowem,
opatrzony miłości mrowiem.
I w świętej wierze oddany szczerze,
ja sama w to święcie wierzę.

*Gradiam, z łac. Krok po kroku Bo i życie tak prowadzi. Z lewej nogi na prawą. Czasem przy świetle, czasem w mroku. Jedną w przepaści, inną w obłoki. Zachowaj!

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Ame

Nasłuchuję ruchów twego ciała,
twego oddechu spragniona,
stróżuję byś nie próbował odejść.
Choćbyś tylko snem był,
zostań.

Gładzę jedwabnej skóry znamiona.
Pieszczę ją dotykiem warg,
ryzykując że natrafię na miejsce,
gdzie pryśnie czar.

Nie tylko w twoich ramionach skulona,
ale też w magii szponach.
Wiem, że z boskiej łaski i z Jego władzy,
mam twe serce tak blisko,
dlatego zostań.

Widzę ruchy klatki,
w której ukryty jest ten sprytny mechanizm.
Niemo układam modlitwę,
którą mogłabym złożyć dziękczynienie,
lecz nic nie jest w stanie opisać
Jego dokonań.

Lekko poirytowana,
po omacku trafiam wreszcie na skupisko żaru,
do ciepłych ust.
Czekam aż padnie z nich pozwolenie,
czy choć prośba:
zostań.

Nie mówisz nic,
więc znikam.
Pływam w chaosie,
w nim szlocham.
Znowu cie nie mam,
tak jakbym kiedykolwiek miała.

Z każdą chwilą
moje serce coraz głośniej woła:
zostań.
Ryzykuję,
bo istnieje tylko jedna możliwość byśmy-my, na zawsze, razem.
Głęboki sen.
Tyle.

I znów spojrzę za okno.
Znikniesz.
Jak na zjawę przystało.
By powracać do mnie za każdym razem,
gdy sercu zbraknie sennych marzeń.

*Ame z łac. znaczy kochać.